O mnie

Z aparatami mogę powiedzieć, że miałem do czynienia od dziecka. Mój pierwszy aparat dostałem jak miałem jakieś cztery lata, była to Smiena, która szybko, bardzo tragicznie skończyła – pod zabawkowym młotkiem. Tak czy owak aparaty składałem z klocków… Mając dwanaście lat dostałem kolejny radziecki aparat – FED 5b. Wtedy się zaczęło. To na nim zrobiłem swoje pierwsze zdjęcia ślubne. Co prawda na ślubie mojej siostry, ale jakaż to była satysfakcja i duma chodzić z aparatem na ślubie! Rodzice tyko płakali, bo coraz więcej rolek filmu zużywałem. Jednak czas podstawówki, był okresem poświęconym geografii i biologii. Natura, krajobraz, astronomia i zjawiska atmosferyczne były tym, co mnie fascynowało.
W czasie liceum przerobiłem chyba wszystkie wersje Zenitów. Byłem nadwornym szkolnym fotografem i zorganizowałem ciemnię fotograficzną, którą potem dyrektor nam zamknął, gdy szkoła zakupiła jakiś badziewny cyfrowy kompakcik. Liceum było okresem „lepszego” obcowania ze ślubami. Jak to kiedyś było, fotografii człowiek uczył się z książek i albumów, ale przede wszystkim od innych. Wtedy to pomagałem przy ślubach jednemu z lokalnych fotografów. Po prostu, by się czegoś nauczyć trzeba było nosić mu torbę (jakkolwiek to w tej chwili nie brzmi ;))

Po liceum zrobiłem sobie rok przerwy od nauki. Pracowałem w tym czasie w Ośrodku Pomocy Społecznej i robiłem wiele zdjęć krajobrazowych. Wtedy też kupiłem używanego Nikona FM3a. Po pewnym czasie zorganizowałem swoją pierwszą autorską wystawę o Puszczy Sandomierskiej.
W końcu przyszedł czas studiów. Marzyłem o kierunku związanym z fotografią, niestety moi rodzice byli przeciwni. Wymagało to sporych nakładów finansowych, a u mnie w domu się nie przelewało. Inna sprawą jest też to, że byłem swoistą rodzinną „czarną owcą”, gdyż nie myślałem o pracy w jakiejkolwiek fabryce itp. Mojego ŚP tatę zawsze denerwowało, że poszedłem do liceum a nie do zawodówki lub technikum, bo przecież miałbym zawód i szybko pracę, a co dopiero było, gdy im wyleciałem z pomysłem studiów fotograficznych. Mnie szybkie zdobycie byle jakiego (tylko po to, żeby go mieć) zawodu nigdy nie kręciło, choć jestem swoistą złotą rączką, bo wiele umiem zrobić. W sumie to czasem ukrywałem przed nim nowy sprzęt foto, jaki kupowałem sobie, gdy dorabiałem wtedy jeszcze w lokalnym laboratorium fotograficznym.
Cóż, już wtedy człowiek się uczył, że praca fotografa, to ciężki kawałek chleba i nie ma co liczyć na zrozumienie innych. Fotografia to sposób życia – trzeba być fotografem, malarzem, czy po prostu artystą, by wiedzieć o czym mówię.
Skończyło się na tym, że ukończyłem studia z rehabilitacji. W zawodzie fizjoterapeuty pracowałem pracowałem około trzech lat, rok na etacie w przychodni, a później dwa lata prowadziłem swój prywatny gabinet. W międzyczasie wyprowadziłem się od rodziców. Nie powiem, bo lubiłem tę pracę, ale czegoś mi brakowało. Byłem jakiś taki pusty. Zdjęcia robiłem wówczas sporadycznie, miałem mało czasu, a i finansów brakowało, gdyż były inne priorytety.
Potem miałem wypadek. Jadąc rowerem do pacjenta potrącił mnie samochód. Całe szczęście skończyło się jedynie na trzech złamanych żebrach, otarciach i potłuczeniach. Wtedy nie mogłem pracować i gabinet mi podupadł. Gdy przyszło odszkodowanie z ubezpieczenia, miałem wybór, czy pieniądze przeznaczyć na gabinet i pracę, czy dla siebie… Kupiłem swoją pierwszą cyfrówkę. Magia powróciła!
Dziś prowadzę małą firmę fotograficzną. Śluby i sesje zdjęciowe to moje główne źródło dochodu. Obecnie żyję z fotografii i dzięki fotografii. Nie zawsze jest lekko. Nie zawsze są zlecenia, czasem są okresy, kiedy po prostu jest gorzej, ale nie narzekam. Mi wiele nie potrzeba, a biznesik się coraz lepiej rozwija.
Jednak śluby i sesje to taka monotonia. Nie powiem, bo lubię to i wkładam w swoją pracę wiele serca, jednak po „upojnym” sezonie, czy niekiedy w trakcie, człowiek ma trochę dość i czegoś brak. Tak zacząłem uciekać w krajobraz. Ba! Połączenie fotografii z geografią i naturą, którą kochałem od dziecka. Krajobraz to moja ucieczka w ciszę, w spokój i obcowanie z cudowną naturą.

Po liceum zrobiłem sobie rok przerwy od nauki. Pracowałem w tym czasie w Ośrodku Pomocy Społecznej i robiłem wiele zdjęć krajobrazowych. Wtedy też kupiłem używanego Nikona FM3a. Po pewnym czasie zorganizowałem swoją pierwszą autorską wystawę o Puszczy Sandomierskiej.
W końcu przyszedł czas studiów. Marzyłem o kierunku związanym z fotografią, niestety moi rodzice byli przeciwni. Wymagało to sporych nakładów finansowych, a u mnie w domu się nie przelewało. Inna sprawą jest też to, że byłem swoistą rodzinną „czarną owcą”, gdyż nie myślałem o pracy w jakiejkolwiek fabryce itp. Mojego ŚP tatę zawsze denerwowało, że poszedłem do liceum a nie do zawodówki lub technikum, bo przecież miałbym zawód i szybko pracę, a co dopiero było, gdy im wyleciałem z pomysłem studiów fotograficznych. Mnie szybkie zdobycie byle jakiego (tylko po to, żeby go mieć) zawodu nigdy nie kręciło, choć jestem swoistą złotą rączką, bo wiele umiem zrobić. W sumie to czasem ukrywałem przed nim nowy sprzęt foto, jaki kupowałem sobie, gdy dorabiałem wtedy jeszcze w lokalnym laboratorium fotograficznym.
Cóż, już wtedy człowiek się uczył, że praca fotografa, to ciężki kawałek chleba i nie ma co liczyć na zrozumienie innych. Fotografia to sposób życia – trzeba być fotografem, malarzem, czy po prostu artystą, by wiedzieć o czym mówię.
Skończyło się na tym, że ukończyłem studia z rehabilitacji. W zawodzie fizjoterapeuty pracowałem pracowałem około trzech lat, rok na etacie w przychodni, a później dwa lata prowadziłem swój prywatny gabinet. W międzyczasie wyprowadziłem się od rodziców. Nie powiem, bo lubiłem tę pracę, ale czegoś mi brakowało. Byłem jakiś taki pusty. Zdjęcia robiłem wówczas sporadycznie, miałem mało czasu, a i finansów brakowało, gdyż były inne priorytety.
Potem miałem wypadek. Jadąc rowerem do pacjenta potrącił mnie samochód. Całe szczęście skończyło się jedynie na trzech złamanych żebrach, otarciach i potłuczeniach. Wtedy nie mogłem pracować i gabinet mi podupadł. Gdy przyszło odszkodowanie z ubezpieczenia, miałem wybór, czy pieniądze przeznaczyć na gabinet i pracę, czy dla siebie… Kupiłem swoją pierwszą cyfrówkę. Magia powróciła!
Dziś prowadzę małą firmę fotograficzną. Śluby i sesje zdjęciowe to moje główne źródło dochodu. Obecnie żyję z fotografii i dzięki fotografii. Nie zawsze jest lekko. Nie zawsze są zlecenia, czasem są okresy, kiedy po prostu jest gorzej, ale nie narzekam. Mi wiele nie potrzeba, a biznesik się coraz lepiej rozwija.
Jednak śluby i sesje to taka monotonia. Nie powiem, bo lubię to i wkładam w swoją pracę wiele serca, jednak po „upojnym” sezonie, czy niekiedy w trakcie, człowiek ma trochę dość i czegoś brak. Tak zacząłem uciekać w krajobraz. Ba! Połączenie fotografii z geografią i naturą, którą kochałem od dziecka. Krajobraz to moja ucieczka w ciszę, w spokój i obcowanie z cudowną naturą.

Jestem dość emocjonalnym osobnikiem. Pomimo tego nadal odczuwałem odrobinę pustki, takiej samotności w tym wszystkim. Mieszkając w fabrycznym mieście żyjącym czasami PRL’u ciągle czułem się tą czarną owcą. Założyłem bloga i fanpage na facebooku. Odzew był bardzo pozytywny, a coraz więcej osób mnie prosiło, bym więcej mówił o tym, jak robię zdjęcia. Po ciężkich bojach z własną głową założyłem kanał na YouTube. No miałem spore opory, czy to robić.
Na chwilę obecną klepię sobie te zdjęcia ślubne i prowadzę kanał, na którym dzielę się z Wami moimi emocjami, odczuciami, przeżyciami z plenerów oraz technikami jakie stosuję w swojej fotografii krajobrazu.